Tutaj spamujcie do woli i piszcie w sprawie sojuszu. Od czasu do czasu robimy czystkę blogów porzuconych i zamkniętych. Nie bawimy się w buttony! Tekst reklamowy: Gdy zwracasz nań swój wzrok, obdrapany szyld skrzypi żałośnie, żaląc się, co za idiota oszpecił go krzywym pismem, głoszącym ni mniej ni więcej: UŚMIECH FORTUNY Nadal chcesz wejść? W porządku. W końcu chciałbyś tylko trochę odpocząć przed dalszą podróżą do miasteczka. Przybytek z zewnątrz w sumie tak źle nie wygląda... Ciepło, przytulnie, acz zdaje Ci się, że coś z tym miejscem jest nie tak. Zbytnio blady typek jakoś dziwnie patrzył się, gdy oporządzał Ci konia, w zupie pływały nieznajomego pochodzenia różowe strączki, sakwa ze srebrniakami nagle stała się zbyt lekka, a jegomość stojący przy ladzie chyba ma ochotę Ci przywalić - tak po prostu. Uśmiech Fortuny, psia jego mać. Przyjaciele i sponsorzy:
Palazzo Fortuny. Follow. Palazzo Fortuny, built for Benedetto Pesaro from the mid-fifteenth century and already known as Palazzo Pesaro degli Orfei, is nowadays a massive building boasting two imposing facades, one overlooking the Ca’ Michiel canal and the larger one - among the most complex examples of Venetian Gothic - facing Campo San Beneto.
| Autor: Przy tekście pracowali także: Anna Winkler (redaktor) Anna Winkler (fotoedytor) Bellotto/CC0 Bankierzy tacy jak Szmul Jakubowicz otrzymywali od króla pruskiego pozwolenie na nabywanie ziemi. Portret autorstwa Bernarda upadku Rzeczpospolitej każdy z zaborców miał inne plany dotyczące zagarniętych ziem. Austriacy szybko doprowadzili Galicję do skrajnej nędzy; w zaborze rosyjskim panował marazm. W Prusach wprowadzono natomiast kapitalizm. Tylko dlaczego na przemianach skorzystali Żydzi, a nie dotychczasowi właściciele ziemscy?Fortuny żydowskie miały swój początek w czasach stanisławowskich, jednak ich dynamiczny wzrost nastąpił dopiero po upadku Rzeczpospolitej szlacheckiej. Przyczynił się do ich powiększenia kryzys finansowy z 1793 roku. Spowodował on upadek największych banków warszawskich. Okazał się też bardzo bolesny dla magnatów i szlachty, która za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego włączyła się aktywnie w ówczesną modę inwestycyjną. Weksle stały się się, że straty ówczesnych elit sięgnęły 250 milionów złotych. Była to pięciokrotność rocznych wpływów podatkowych Litwy i Korony! Nic dziwnego, że zrujnowani przedstawiciele magnaterii i szlachty, właściciele ziemscy, stali się z gruntu nieufni wobec dalszego angażowania kapitału w przemysł czy operacje finansowe. Wiele ogromnych majątków po prostu upadło, niwecząc dorobek kilku pokoleń. Koniec mody na inwestycjeNa skutek kryzysu doszło do powszechnego, niespotykanego na taką skalę w żadnym europejskim kraju wycofania się całego stanu szlacheckiego z aktywnych działań gospodarczo-finansowych. Nastąpiło wówczas przetasowanie kapitałów. To ono stało się podstawą fortun żydowskich, zbudowanych na początku XIX wieku na ziemiach Vogel/domena publiczna Koniunktura czasów stanisławowskich skończyła się wraz z kryzysem bankowym z 1793 roku. Na ilustracji Warszawa w ostatniej dekadzie XVIII ten utrzymał się przez całe stulecie. Szlachta i arystokracja skupiły się na rozwoju własnych majątków ziemskich. Nie wychodziły poza ograniczony stosunkami feudalnymi horyzont swojej podstawy materialnej – własności ziemskiej, która przecież w Europie już w XVIII stuleciu przestała być podstawą dobrobytu. Świadczyło to o niedojrzałości ekonomicznej i politycznej rządzącego w Rzeczpospolitej uprzywilejowanego ekonomiczna na ziemiach polskich po 1793 roku, a także chaos gospodarczy i finansowy spowodowały, że na zmianach najwięcej zyskali Żydzi. Rynek nie znosi próżni. To oni przejęli finansową, handlową i przemysłową działalność prowadzoną przez magnatów i szlachciców-właścicieli ziemskich w czasach stanisławowskich. Warunki do ich bogacenia się stały się zaś jeszcze bardziej korzystne po 1795 roku, kiedy Polska zniknęła z map to jednak tylko terenów zajętych przez Prusy. Na ziemiach zaboru austriackiego, w Galicji powstanie fortun żydowskich nie było możliwe, gdyż Habsburgowie nie mieli żadnej wizji rozwoju przejętych ziem polskich. Interesował ich tylko drenaż ekonomiczny nowych posiadłości. Z rozkazu Wiednia skupywano srebro i złoto, zarówno dobrą polską monetę z czasów stanisławowskich, jaki i kruszec, zastępując je bezwartościowymi papierowymi banknotami (tak zwanymi bankocetlami). Nie robiono nic, by wspomóc rozwój przemysłu. Nawet dostawy dla wojska szły z Węgier i innych krajów dziedzicznych dynastii. Bardzo ucierpiał przemysł ciężki w Zagłębiu czasach napoleońskich ziemie zagarnięte przez Austriaków ogarnął chaos gospodarczy. Szalała na nich hiperinflacja. Galicja w szybkim tempie cofała się w rozwoju i w latach 40-tych XIX stulecia stała się jednym z najbardziej zacofanych regionów dawnej Polski. Podobnie wyglądała sytuacja na ziemiach zajętych przez Rosję, na których utrzymywał się feudalizm i panował marazm kapitalizmZupełnie inną drogę przebyły ziemie zajęte przez Prusy. Hohenzollernowie doprowadzili do zniesienia feudalizmu i wprowadzili tam kapitalizm. Już sama ich armia stała się stymulatorem rozwoju gospodarczego, ponieważ wszystkie dostawy dla niej realizowali miejscowi kupcy. Budowano też garnizony. Do tego wprowadzono monopole, co poskutkowało powstaniem nowej infrastruktury magazynowej, między innymi magazynów postawili też na rozwój miast. Przebudowywano je, zastępując domy drewniane murowanymi. Rozwijano rzemiosło i handel, także na prowincji. Wkrótce na ziemiach polskich nastąpił boom inwestycyjny. Hohenzollernowie wspierali przy tym działalność Żydów: doceniając ich znaczenie dla rozwoju gospodarki, w 1797 roku wprowadzili tak zwany Status Generalny dla Żydów z Prus Południowych i Nowowschodnich. Zawierał on wiele korzystnych postanowień, które likwidowały dotychczasowe prawne i ekonomiczne zakazy wymierzone w tę grupę ludności. Wprowadzono między innymi swobodny obrót zbożem i ułatwiono rozwój rzemiosła te posunięcia wpłynęły pozytywnie na przeobrażenia kapitalistyczne na ziemiach polskich. Świadczy o tym choćby fakt, że w 1795 roku nastąpił skokowy wzrost cen na zboże. Popyt na Zachodzie był bardzo duży. Bogaci Żydzi potrafili to wykorzystać. Kupowali od szlachty zboże i zajmowali się jego transportem do Gdańska. A szlachta? Uznała, że nadszedł dla niej złoty czas. Nie zdając sobie sprawy z cyklów koniunkturalnych, właściciele ziemscy brali kredyty pod zastaw nieruchomości, a środki pieniężne przeznaczali na bieżącą konsumpcję i zabawy zamiast na modernizację lekkomyślności szlachty skorzystały tymczasem zarówno banki pruskie, jak i bankierzy żydowscy. Wielu znaczących Żydów, jak choćby Szmul Jakubowicz, otrzymało przywilej nabywania nieruchomości i dóbr ziemskich. I kiedy nadszedł moment załamania na rynku zboża, majątki nieświadomych skutków swoich decyzji ekonomicznych polskich właścicieli ziemskich po prostu przestawały być ich publiczna Polska szlachta, podobnie jak dwa wieki wcześniej, lekkomyślnie korzystała z koniunktury na kupcy i rzemieślnicy bogacili się także na lukratywnych dostawach dla pruskiej armii. Berlin, chcąc doprowadzić do rozwoju gospodarczego przejętych ziem, naciskał, by dostarczane armii towary były produkowane na miejscu. Dostawy obejmowały wszystko, od żywności, poprzez paszę dla koni, mundury, buty, aż po oliwę i elementy uzbrojenia. Kontrakty otrzymywali ci najbogatsi, którzy zgromadzili majątek w czasach stanisławowskich, ale ich podwykonawcami byli najczęściej przedstawiciele tej samej narodowości, choć mniej zamożni. Zyskowny okazał się dla nich też handel suknem wielkopolskim z pruski przyniósł powiększenie już istniejących fortun żydowskich. Spowodował też jednak ogólny wzrost zamożności wśród drobniejszych kupców i rzemieślników pochodzących z tej mniejszości. Przyczyniła się do tego z jednej strony likwidacja feudalizmu, wprowadzenie trwałych, stabilnych podstaw kapitalizmu przez Hohenzollernów, a z drugiej – brak konkurencji. Upadek warszawskich banków i wycofanie się polskich elit z bezpośredniego i pośredniego inwestowania otworzyły bowiem przez Żydami możliwości inwestowania w przemysł i rzemiosło. W takich warunkach ich rola na ziemiach zaboru pruskiego stopniowo Einsenbach, Emancypacja Żydów na ziemiach polskich 1785–1870 na tle europejskim, PIW Eisenbach, Danuta Rzepniewska, Zadłużenia własności ziemskiej w okresie 1795–1806. Dłużnicy i wierzyciele sum bajońskich, [w:] Społeczeństwo polskie XVIII i XIX w., t. 4, red. Witold Kula, Janina Leskiewicz, PWN Kornatowski, Kryzys bankowy w Polsce 1793 roku. Upadłość Teppera, Szulca, Kabryta, Prota Potockiego, Łyszkiewicza i Heyzlera, Wydział Prawa UW Wiktor Kowalczyk, Tsunami finansowe w Europie. Od zachodu do wschodu, od wschodu do zachodu, przeobrażenia w gospodarkach krajów wschodzących i upadających potęg XVIII stulecia – wieku przełomu – Francja, Holandia, Prusy, Rzeczpospolita [w:] Україна та Польща: минуле, сьогодення, перспективи, Науковий збірник, Луцьк Wiktor Kowalczyk, Polityka gospodarcza i finansowa Księstwa Warszawskiego 1807–1812, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego Schiper, Dzieje handlu żydowskiego na ziemiach polskich, Krajowa Agencja Wydawnicza 1937.
Plik Pocałunek na pożegnanie Tasmina Perry (pełny ebook).epub na koncie użytkownika Tysia1209 • folder Książki RAR 2 • Data dodania: 23 kwi 2019
Jeśli klub bije swój rekord transferowy, by cię pozyskać, to znaczy, że mu zależy. Jeśli bije go czterokrotnie – jest na ciebie po prostu nagrzany jak auto bez klimy w środku lata. Fortuna Duesseldorf aż do teraz nie wydała na piłkarza więcej niż dwa miliony euro. Za Dawida Kownackiego zdecydowała się jednak zapłacić Sampdorii aż osiem milionów. Transfer lada moment zostanie dopięty, o czym informują Piotr Koźmiński (Super Express) i Tomasz Włodarczyk (Przegląd Sportowy).Tak wysoka, jak na najbiedniejszy klub 1. Bundesligi poprzedniego sezonu, kwota, to znak, że w Duesseldorfie są przekonani o tym, w jak znakomitego piłkarza może się tam rozwinąć Polak. Trener Fortuny Friedheim Funkel nie jest człowiekiem znanym z wielkiej wylewności, jeśli chodzi o komplementowanie swoich zawodników, a jednak już w kwietniu na łamach Rheinische Post mówił: – Wiem, czego ten chłopiec może dokonać i czego dokona w ciągu kilku najbliższych lat. Jestem o tym w stu procentach przekonany. Dlatego po wypożyczeniu z Sampdorii powinien pozostać w opinię Funkela wpłynąć musiało kilka naprawdę świetnych w wykonaniu „Kownasia” meczów wiosną, kiedy Fortuna nie tylko uciekła drużynom ze strefy spadkowej. Na kilka kolejek przed końcem rozgrywek zapewniła sobie utrzymanie, ostatecznie zajmując bardzo wysokie, jak na jej możliwości, 10. miejsce. Już w drugim meczu w podstawowej jedenastce Polak zachwycił – dwa gole przeciwko Schalke, nota 1,5 od Kickera (gdzie 1 to najwyższa możliwa ocena, a 6 – najniższa) i miejsce w jedenastce kolejki.– Widać, że Dawid ma bardzo dobre umiejętności, super z piłką przy nodze, szybki. Napastnik, skrzydłowy. Może uda się go jeszcze raz wypożyczyć na rok, bo bardzo by nam się przydał w kolejnym sezonie. Trafił tu zimą, miał kontuzję, jego kobieta była w ciąży. Nie było mu łatwo, nie przygotowywał się z nami. Przyszedł z dnia na dzień. Gdyby przeszedł z nami całe przygotowania, albo chociaż drugi obóz, bardzo by mu to pomogło. Jest silny, umie wygrywać pojedynki, strzelać gole, pasuje do Bundesligi – tak z kolei swojego klubowego kolegę komplementował w rozmowie z Szymonem Podstufką Adam Bodzek, wicekapitan Fortuny wiadomo, że „Kownaś” tym razem nie będzie musiał wejść do drużyny z marszu, będzie mógł pod okiem trenerów F95 pracować przez całe lato. Funkel i dyrektor sportowy Lutz Pfannenstiel dopięli więc swego bardzo szybko, jeszcze przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu. Kownacki wskakuje tym samym na pierwsze miejsce wśród najdroższych piłkarzy kupionych przez Fortunę z sześciomilionową przewagą nad drugim Marvinem Duckschem, z TOP10 najdroższych nabytków wyrzucając… samego siebie. Fakt, że wypożyczenie Polaka za 500 tysięcy euro do teraz znajdowało się w tej klasyfikacji najlepiej pokazuje skalę wydatku, na jaki zdecydowali się się tym samym uciemiężenie „Kownasia”, bo tym stała się dla niego Sampa. Gość świadom swojego dużego talentu, gwarantujący w sezonie 17/18 gola lub asystę średnio raz na 84 minuty, w ostatnich rozgrywkach wyleciał na margines. W końcu w styczniu, gdy walczył o odejście z klubu, udzielił głośnego wywiadu Piotrowi Koźmińskiemu z „Super Expressu”.– Powiem wprost: mam już dość! Mam już dość takiego zachowania Sampdorii! Jestem coraz bardziej zdenerwowany, bo czas leci, a ja wciąż nie wiem jaka będzie moja przyszłość. Nie chcę tu zostawać, chcę odejść! I nie będę chciał tu wrócić, chcę zamknąć ten rozdział raz na słowa, w których nie trzeba się doszukiwać rozgoryczenia. Potężnego rozczarowania. Wręcz złości. One biją z każdej zgłoski. Tak samo jak w najnowszym, opublikowanym w dzisiejszym „Super Expressie”.– Nie, nie wyobrażam sobie powrotu do Sampdorii! Nie widzę mojej przyszłości w tym klubie. Po meczu z Włochami dostałem również wiele wiadomości od kibiców Sampdorii, że nie chcą mnie widzieć w klubie, więc jest to dla mnie jasny sygnał. Kownacki w tej rozmowie krytykował też władze Sampdorii, które chciały podbić cenę za swojego zawodnika i wycofać się z ustalonej wcześniej kwoty wykupu. Jak się okazało, kluby doszły jednak do porozumienia, z korzyścią dla Kownackiego, dla Fortuny, ale i dla… Lecha Poznań. „Kolejorz” zagwarantował sobie bowiem 10% od transferu „Kownasia” z Sampdorii, a kolejne 5% z ośmiu milionów to tzw. solidarity payment. Czyli, krótko mówiąc, do kasy Lecha wpłynie ekstra 1,2 miliona euro. Kolejorz zagwarantował sobie 10% zysku z następnego transferu (czyli jakieś 10% z około 4-5 milionów euro) oraz ma zapewnione 3,5% całkowitej kwoty z tytułu tzw. solidarity payment. Czyli kilkaset tysięcy euro w Poznaniu Najnowsze NiemcyOjrzyński: W drugiej połowie cierpieliśmy Korona Kielce pokonała Śląsk Wrocław 3:1 i tym samym odniosła pierwsze zwycięstwo po powrocie do Ekstraklasy. – Było gorąco, ale zrobiliśmy robotę – cieszył się trener złocisto-krwistych Leszek Ojrzyński. – Pierwsza połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu. Szczególnie pierwsze 10 minut, kiedy to byliśmy praktycznie cały czas w okolicach pola karnego Śląska, który nie oddał żadnego celnego strzału do przerwy. Niestety, popełnialiśmy błędy przy […] opanował przestrzeń powietrzną nad Kielcami Gdyby piłkarze Śląska Wrocław mieli jakieś problemy z prawem, raczej nie mogliby posłużyć się poniedziałkowym wieczorem jako alibi. Choć ich „poczynania” obserwowało ponad dziesięć tysięcy kieleckich widzów, to ciężko było zauważyć, że ekipa z Dolnego Śląska dojechała na ten mecz. Korona zagrała swoje, trochę porąbała, trochę podostrzyła, ale i trochę postrzelała, wygrywając tym samym swój pierwszy mecz po powrocie do Ekstraklasy. Jeśli weźmiemy pod uwagę wyłącznie zdobycze […] z nowym trenerem. Przed nim wielkie wyzwanie Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle oficjalnie przedstawiła dziś nowego trenera. Został nim Tuomas Sammelvuo, 46-letni Fin, który ma za sobą pracę z reprezentacjami swojego kraju i Rosji oraz w klubach z tego państwa. Jako siatkarz występował z kolei przez rok w kędzierzyńskim zespole. Teraz czeka go trudne zadanie – po świetnych sezonach Nikoli Grbicia i Gheorghe Cretu będzie starał się utrzymać mistrza Polski na szczycie nie tylko krajowych, ale i europejskich rozgrywek. I to bez Kamila Semeniuka. Gheorghe […] Polonii. Tłumy odbijały się od bramek i nie weszły na stadion Polonia Warszawa zalicza „wspaniały” powrót na szczebel centralny. W poprzedniej kolejce skompromitowali się kibice, którzy przerwali mecz z Pogonią w Siedlcach, a dzisiaj ich śladami poszli działacze. Otóż władze Czarnych Koszul spotkanie ze Stomilem Olsztyn przy Konwiktorskiej zgłosiły jako imprezę na 2500 osób, a że chętnych było więcej, tłumy zatrzymywały się na bramkach. Cóż, widzieliśmy lepsze działania marketingowe, szczególnie klubu, który od dawna musi egzystować w cieniu drugiego, znacznie […] Makuszewski wrócił do Polski, zagra w Odrze Opole Maciej Makuszewski po półroczu spędzonym w lidze islandzkiej wrócił do Polski. Skrzydłowy podpisał dwuletnią umowę z opcją przedłużenia o 12 miesięcy z I-ligową Odrą Opole. Makuszewski to pięciokrotny reprezentant Polski, w ojczyźnie w przeszłości występował w Jagiellonii Białystok, Lechii Gdańsk oraz Lechu Poznań (235 meczów w Ekstraklasie, 28 goli), natomiast za granicą grał w Tierieku Grozny w Rosji (14 meczów w lidze, bez gola), Vitorii Setubal w Portugalii (14 meczów w lidze, bez gola) i ostatnio […] który odbudowuje Arsenal. Kim jest Edu Gaspar? Piłkarzem nie był wybitnym, za trenerkę nawet się nie zabierał, ale stanowiska dyrektorskie są pod niego skrojone. Po owocnej współpracy z Corinthians i reprezentacją Brazylii wrócił do Europy, gdzie podjął się niezwykle trudnej misji odbudowy Arsenalu po erze Arsene’a Wengera. Początki miał trudne, wdrożył plan pięcioletni, ale jego efektów na razie nie widać. Na razie, bo zbliżający się sezon ma być przełomowy. Mowa o Edu Gasparze, który odpowiada za świetne okienko transferowe Kanonierów. Pierwszy kontakt […] payment” na przykładzie transferu Roberta Lewandowskiego Transfer Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium do FC Barcelony oznacza, że sporo pieniędzy spłynie do polskich klubów, w których występował w przeszłości kapitan reprezentacji Polski. Varsovia, Delta Warszawa, Legia Warszawa, Znicz Pruszków i Lech Poznań – to kluby, których dotyczy ta kwestia. Porozmawialiśmy z Joanną Misiewicz, głównym managerem PZPN, który zajmuje się zagranicznymi transferami. Okazuje się, że sprawa jest złożona i w pierwszej kolejności należy przejrzeć sterty dokumentów w Mazowieckim i Wielkopolskim Związku Piłki […] groźby, kolejna oferta Barcelony. Co się dziś działo ws. Lewandowskiego? To nie jest normalne, żeby przyjazd piłkarza na trening wzbudzał takie emocje, ale tym razem nie mamy do czynienia z normalną sytuacją. Gdyby to zależało od samego Roberta Lewandowskiego, już dawno nie byłoby go w Monachium i co najwyżej wysłałby do Niemiec pocztówki ze słonecznej Barcelony. Na razie jednak nic z tych planów nie wyszło i Polak normalnie stawił się na początek przygotowań Bayernu do nowego sezonu. Wywołało to gigantyczne zainteresowanie w mediach wszelakiego rodzaju. I trudno się dziwić. Uwagę przykuwał absolutnie […] Lipsk przepchnął kolanem finał Pucharu Niemiec Tydzień temu odbyła się ostatnia kolejka Bundesligi, więc dziś cała uwaga niemieckich kibiców skupiła się na finale Pucharu Niemiec. W meczu o trofeum nie dane było zagrać Borussii Dortmund, Borussii Monchengladbach i Bayernowi, ale zobaczyliśmy zespoły, które w tym sezonie w pełni zasłużyły na finał. Freiburg zmierzył się z RB Lipsk, czyli zobaczyliśmy starcie drużyn, które do tej pory nigdy nie triumfowały w tych rozgrywkach. Zestawienie ciekawe, ale sam mecz nie porywał. Zamiast […] przed rewolucją transferową z nowym sternikiem Borussia Dortmund jest już pewna wicemistrzostwa Niemiec. W Zagłębiu Ruhry nie jest to ani rozczarowanie, ani wielki powód do dumy. Dlatego już teraz działacze BVB myślą o przyszłości i planują spore zmiany w składzie, bo liczba problemów, jakie pojawiły się w trakcie sezonu była wręcz ogromna. Trafienie Jessica Ngankama, zawodnika ostatniego w lidze Greuther Fuerth, w drugiej połowie meczu było 51. straconą bramką w tym sezonie przez Borussię […] na drodze do Ligi Mistrzów. Co łączy ten klub z Rakowem? Podczas gdy w Polsce zachwycamy się poukładanym pod wieloma względami Rakowem Częstochowa, w Niemczech wszyscy nie mogą wyjść z podziwu dla ekipy SC Freiburg. Oba te kluby niebawem mogą osiągnąć historyczne dla siebie wyniki. Jedni zdobyć mistrzostwo Polski, drudzy zakwalifikować się do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Ale mają ze sobą jeszcze więcej wspólnego. W ostatnim felietonie w „Przeglądzie Sportowym” Radosław Kałużny nazwał Raków niepolskim klubem. Nic więc dziwnego, że w zagranicznym […] ograna – Bayern pieczętuje mistrzostwo! Wiadomo było, że choć odebranie w tym sezonie Bayernowi mistrzostwa Niemiec graniczy z niemożliwym i nawet dzisiejsze zwycięstwo Borussii niewiele by zmieniło, to przecież zawsze sympatyczniej przypieczętować tytuł, pokonując największego rywala. Tak też się stało – Bawarczycy ograli BVB 3:1 i po raz dziesiąty z rzędu są najlepsi w Bundeslidze. Kosmos. BAYERN MONACHIUM – BORUSSIA DORTMUND. DZIELNA BORUSSIA Borussia nie miała dzisiaj łatwego zadania nie tylko dlatego, bo przyjechała na stadion Bayernu, […]
sytuacja, rzecz, zdarzenie niespodziewane, przynoszące korzyść, sprawiające przyjemność, pomyślna okoliczność-gratki. dopuszczalne w grach . gratki
"Może i wyglądam jak człowiek, ale to nie znaczy, że jesteśmy sobie równi" Autor: pierluigiabbondanza, isvoc Imię: Nissare Nazwisko: Jeaggerjack Wiek: Kogo to obchodzi? Rasa: Drakonautka Wygląd: Nissare przypomina pannę z wybujałych fantazji każdego faceta. Gdy przypomina człowieka jest wysoką, szczupłą kobietą, której natura wcale nie poskąpiła ani urody, ani walorów. Długie brązowe włosy miewają czerwonawe refleksy. Zawsze nosi skórzany uniform: szeroki pasek na szyi z emblematem, długie rękawice najeżone kolcami, skąpy kostium usiany metalowymi wstawkami, ozdobiony z tyłu długim, ścielącym się po ziemi pasmem skóry. Nieodłącznym elementem stroju są wysokie do połowy ud buty, wyposażone w metalowy, zabójczo wysoki obcas szpilki, na której normalna niewiasta już dawno straciłaby zęby. Jak każda kobieta, Nissare lubi podkreślać urodę wymyślną fryzurą i bardzo mocnym makijażem, spędzającym sen z powiek niejednego kiedy staje się smokiem, rozmiarami dorównuje budynkowi "Uśmiechu Fortuny". Zbita masa mięśni w czystej postaci. Dwie pary skrzydeł i bardzo długi ogon zapewniają jej nienaganną zwrotność. Łeb ma stosunkowo niewielki, wizualnie pomniejszają go jeszcze okazałe rogi oraz grzebienie, z których jeden, czerwony w niebieskie pasy, ciągnie się przez grzbiet, aż po zad. Jarzące się pomarańczem ślepia są dość małe, ale bystre. Charakter: Jest pewna siebie i impulsywna, na domiar złego szczera do bólu. Doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej wyższości kulturowej, więc bywa trochę wyniosła. Lubi się popisywać, droczyć, bawić, a drobną konkurencją nie pogardzi. Miewa całkiem spore zapędy feministyczne - "facet be, kobieta cacy" - dlatego za inną przedstawicielką płci pięknej zawsze stanie murem. Nie oznacza to jednak, że stroni od..."męskiego towarzystwa". Do kwestii intymnych podchodzi całkiem otwarcie, chociaż obiekt polowania musi spełniać pewne warunki. Bywa też leniwa, a że owijanie facetów wokół palca idzie jej dość dobrze, często wysługuje się innymi. Umiejętności: Trudno powiedzieć, czy panna Jeaggerjack jest smokiem, który zmienia się w człowieka czy na odwrót. Prócz standardowych umiejętności gada, Nissare nie stroni od wszelkiej maści broni, od białej po powszechną w jej kraju, a nieznaną za granicą broń palną. Ze względu na cały arsenał przypomina trochę zbrojownię na nogach. Dodatkowo posiada rozległą wiedzę technologiczną oraz zna podstawy medycyny. Historia: Pochodzi z państwa na zachodzie, Halldery. Kraj ten jest niedostępny, tajemniczy, a przez to namnożyło się o nim krocie niestworzonych legend. Jego mieszkańcy izolują się na własne życzenie i rzadko nawiązują kontakty z sąsiadami. Nie prowadzą wojen ani w nie nie ingerują. Wynika to z ich mentalności, zakrawającej często na pychę. Czasem jednak Hallderczycy wypuszczają się poza granice ojczyzny, szczególnie, gdy w grę wchodzi odnalezienie jakiegoś artefaktu - stąd wzięło się nazywanie ich Artefaktorami. Wierzą w potęgę historii i nauki, co 160 lat temu pozwoliło im okiełznać potęgę pary wodnej, dziś eksperymentują z eterem. Ci, którym udało się odwiedzić ten zakątek świata, opowiadali o całych miastach zawieszonych w powietrzu. Nissare pochodzi z jednego z takich ośrodków, lecz w świecie, gdzie wszyscy mają świra na punkcie nauki i twardych zasad, trudno pozostać sobą. Rzuciła się w wir pracy, pięła się po szczeblach kariery aż do stanowiska Szóstego Technika wydziału do spraw Balistyki i Rozwoju. Ciekawa posada, prace nad bronią przeplatały się z medycyną. Właśnie podczas badań choroby, która atakowała tylko jeden gatunek, rusałki, jedna z zarażonych uciekła. Nissare miała ją zneutralizować przy pomocy wszelkich dostępnych środków. Zadanie wykonała, ale została wmanewrowana w staż w tawernie w ramach zadośćuczynienia. Zachwycona nie jest, tym bardziej, że musi pracować z konusem, który zlecił zbiegowi jej egzekucję... Stanowisko: Kucharz, strażnik (drżyjta łachudry!)
- Суծеዱа глоኚιኀола
- Αδуርωςод аլխзовο а
- ፈсቧ ኗаչիትо σሷ сваዓ
- Οκէካовокти υኄխлυ
- Иሊθвс ηоμеւጌπ բ
- Оβашαклևвр оշадус ዔሑուዉኻ ሕзυчፓсло
- Свօмаնоν θφеժоռоλы уфи аտитα
Harlequin - Uśmiech fortuny, Skradziona narzeczona - Charlene Sands, Sophia Singh Sasson. Książka z kategorii Gorący Romans DUO w cenie 10.50 zł. Prezent do każdego zamówienia. Zamów z dostawą już od 9.90.
„Marysia G. była biedną wiejską dziewczyną ciężko pracującą na kawałek chleba. Rodzice jej byli biedni, nie mieli gruntu, to też od wczesnej młodości chodziła do pracy, jako wyrobnica. Od dawna nurtowała ją myśl udania się w świat szeroki, by w mieście szukać poprawy swojego bytu, skoro wieś okazała się dla niej tak macoszą. Ale starzy rodzice, brat przebywający w wojsku, a wreszcie jej ukochany, miejscowy pomocnik kowala Jędruś, tak samo biedny, jak mysz kościelna – wstrzymywali ją od pójścia w świat. Tęsknota jednak za miastem rosła w jej duszy ciągle, a zwłaszcza wtedy, kiedy brat jej ilekroć z wojska przyjeżdżał na urlop do domu opowiadał o mieście, o jego urokach i możliwościach życia innych i lepszych, jak na wsi”. „Uśmiech Fortuny” Tak zaczyna się krótka opowieść o biednej Marysi, dziewczynie która marzyła o urokach miasta Lublina i na jego horyzoncie widziała kres swojej ciężkiej niedoli. Gnało coś tę Marysię do brukowanych ulic obsadzonych latarniami i zaludnionymi przez sznury nowoczesnych samochodów. Tęskniła do nieznanych sobie kamienic, witryn sklepowych uginających się od najróżniejszych towarów i tłumów pędzących w sobie znanym kierunku. „Wreszcie przyszedł dzień, kiedy Marysia pozostawiwszy swoich rodziców na opiece brata – i pożegnawszy się z ukochanym Jędrusiem – poszła wiedziona tęsknotą do miasta za lżejszym kawałkiem chleba. Jako urodziwa, pracowita i uczciwa dziewczyna – szybko dostała pracę w charakterze służącej u państwa doktorostwa S. Początkowo było jej tęskno w obcem środowisku, często wieczorami popłakiwała po kątach kuchni – ale tę jej samotność w obcem środowisku łagodziło jakieś przeczucie – że to miasto ją czemś uszczęśliwi. Czem? – nie zdawała sobie jeszcze sprawy – wyczuwała podświadomie, że z tego miasta wróci kiedyś na wieś zamożna i bogata. Żyła tą nadzieją”. I rzeczywiście, szczęście nie miało zamiaru wodzić Marysi za nos: „Zdarzyło się, że pewnego dnia Marysia była świadkiem radosnej sceny w domu doktorostwa S., gdy pan wróciwszy niezwykle uradowany do domu, przyniósł wiadomość, że parę tysięcy złotych wygrał na loterii państwowej. Marysia widząc wielką radość doktorostwa S., ucieszyła się wraz z nimi, choć co to jest loteria państwowa nie wiedziała wcale, bo i skądże mogła wiedzieć, kiedy na wsi ludzie nic o tem nie mówili, a w mieście dopiero u państwa S. poraz pierwszy o niej usłyszała. Czemkolwiek ona jest, pomyślała Marysia, musi to być coś dobrego, skoro jej państwu loteria dała tyle pieniędzy. Nie mogąc wytrzymać z ciekawości, jeszcze tego dnia zapytała nieśmiało Marysia doktorową, co to takiego jest ta loterja państwowa? Gdzie się mieści? I od czego to zależy wygranie na loterii pieniędzy? A kiedy dowiedziała się o wszystkim, nie mogła wytrzymać i powiedziała z przekonaniem do swej pani: »Ja wierzę w szczęście i ja wypróbuję swoje szczęście«. W niedługim czasie udała się do kolektury M. Morajnego i wybierała tam długo między stosem losów loteryjnych, aż wybrała sobie wreszcie jeden z nich, który jej się spodobał”. Uśmiechnęło się szczęście do biednej przedtem Marysi! Wygrała na loterii dwadzieścia tysięcy złotych, rzuciła pracę u doktorostwa i wróciła do rodzinnej wsi, gdzie czekał Marysię Jędruś, zupełnie jak Penelopa czekała swojego Odysa w Itace. I doczekał się Jędruś — Marysia przegnała wszystkich zalotników, a chociaż „te miejskie chłopaki lepiej się jej podobały”, to właśnie z porządnym Jędrusiem stanęła na ślubnym kobiercu. Za wygrane pieniądze kupiła solidne gospodarstwo, wzięła pod opiekę starych i schorowanych rodziców, a nawet ściągnęła brata, który bez wahania rzucił karierę wojskowego i wrócił do pracy na dostatniej roli. Tym sposobem żyła nie tylko długo i szczęśliwie, ale stała się także gorącą zwolenniczką i wiejską propagatorką loterii, do końca swoich zamożnych dni powtarzającą „najsilniejszy argument wzięty z jej własnego życia”: „Wierzcie w swe szczęście, wierzcie w loterię! Ja wierzyłam i dobrze na tym wyszłam!”. Marysia przegania zalotników, po czym staje z Jędrusiem na ślubnem kobiercu Szczęśliwe stadło małżeńskie Historia – w której prawdziwość wątpić nie sposób – ukazała się na łamach jedynego w swoim rodzaju pisma loteryjnego „Uśmiech Fortuny” (nr 2 (21), 1934) wydawanego w Lublinie przez Michała (Majlecha) Morajne. Ten finansowy potentat, o którym wspominałem przy okazji historii Majera Drzewo (sieroty z lubelskiej Ochronki, który wytypował u Morajnego los wart pięćdziesiąt tysięcy złotych) urodził się – jak ustalił Adam Kopciowski – w 1894 r. w Piotrkowie Trybunalskim, w 1915 r. założył w Lublinie pierwszą kolekturę (wówczas Królewskiej Węgierskiej Loterii), a kilka lat później nosił już prawdziwie magnacką koronę, ze stolicy w Lublinie rozszerzając po całej Polsce swoje loteryjno-bankowe imperium. Jak każdy przedsiębiorca, Morajne borykał się zapewne z odwiecznym konfliktem między koniecznością a kosztem reklamy; i stąd pewnie pomysł na „Uśmiech Fortuny”, własny kwartalnik, ni to magazyn, ni to prospekt, stworzony w jednym celu: by propagować ideę loterii i reklamować kolektury należące do Morajnego. „Uśmiech” pojawił się na rynku w 1927 r. i ukazywał prawdopodobnie przez sześć kolejnych lat, do 1934 r. Przez cały ten okres funkcję redaktora, wydawcy i nakładcy (finansującego) sprawował w kwartalniku Morajne, kto wie, może też autor ukazujących się tam artykułów. Chociaż redakcja pisma mieściła się w siedzibie Morajnego przy Kapucyńskiej 3, „Uśmiech” był drukowany, i zapewne składany, w zakładach warszawskich: najpierw przez Drukarnię Polską przy Szpitalnej 12, a potem w drukarnii koncernu Prasa Polska przy Marszałkowskiej. I trzeba przyznać, że poziom graficzny i typograficzny „Uśmiechu” był rzeczywiście warszawski: wymyślne kolorowe winiety, jeszcze barwniejsze zdjęcia i ilustracje na niemal każdej z czterech do ośmiu stron kwartalnika, przy tym powierzchnia reklamowa ograniczona jedynie pięćdziesięcioma centymetrami, na które ciągnęło się czasopismo. Za taką jakość trzeba było słono płacić, podczas gdy cena większości czasopism z tego okresu wahała się od dziesięciu do trzydziestu groszy, „Uśmiech” kosztował całą złotówkę. Czy redaktor wpadł na to sam, czy posłuchał czyjejś rady, trzeba chyba przyznać, że pomysł zarabiania na własnej reklamie świadczy o marketingowym geniuszu i już z tego tylko tytułu „Uśmiech” zasługuje na najwyższe uznanie. Nie wiadomo, kto prócz Morajnego pracował w redakcji ani w jaki sposób dostarczano treści do kolejnych numerów. Większość artykułów zamieszczano w kwartalniku anonimowo, inne podpisywano nic niemówiącymi inicjałami lub pseudonimami. Jeżeli nie pisał ich sam redaktor, to część wytwarzali może tajemniczy propagandyści loterii bądź lokalni czy warszawscy dziennikarze dorabiający sobie do pensji, pisząc na kolanie nieskomplikowane historie z obowiązkowym happy endem. Co można było przeczytać w „Uśmiechu”? Najłatwiej powiedzieć, czego w gazecie nie było – praktycznie żadnej wielkiej i małej polityki, religii, napięć etnicznych czy klasowych, zdawkowo opisywana bieda niechybnie ustępowała na jej łamach miejsca zamożności. Kwartalnik pokazywał obraz uśmiechniętego państwa, którego jedynym organem centralnym jest Generalna Dyrekcja Państwowej Loterii Klasowej, a którego naród – pochłonięty bez reszty błahostkami i konsumpcją – boryka się z doraźnymi problemami, na które niezawodnym rozwiązaniem jest loteria – z biednych czyniąca bogatych, a bogatym pomagająca jeszcze lepiej zbilansować domowy budżet. Obok edukacyjnych artykułów tłumaczących zawiłe prawidła loterii, w „Uśmiechu” znalazły dla siebie miejsce opowiadania, nowele i wiersze (wszystkie bez wyjątku o tematyce loteryjnej), odpowiedzi na prawdziwe lub zmyślone listy czytelników, stworzone i nie historie wielkich wygranych, kącik humoru i, co najważniejsze, terminy i wyniki kolejnych ciągnień – tak nazywano wówczas losowania – Loterii Państwowej. Winiety zachowanych numerów „Uśmiechu Fortuny” (o ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie ilustracje pochodzą z „Uśmiechów” ze zbiorów Biblioteki Narodowej) Ciągnienie szczęścia „Niewątpliwie zajmie Czytelników naszych opis ciągnienia wygranych losów Pol. Loterji Państwowej – czytamy na łamach »Uśmiechu« (nr 3(5), 1928). – Ciągnienia te odbywają się w dużej sali Generalnej Dyrekcji Loterji Państwowej w Warszawie. Sala owa znajduje się na pierwszem piętrze. W akcie losowania uczestniczą przedstawiciele Generalnej Dyrekcji Loterji z panem generalnym dyrektorem na czele, przedstawiciele ministerstwa skarbu i dwaj obywatele miasta, zaproszeni przez jego prezydenta. Ponadto publiczność oraz dziennikarze. Przed rozpoczęciem losowania wsypuje się do jednego z kół loteryjnych zwitki z numerami losów, do drugiego zaś koła zwitki z wygranemi, oznaczonemi w planie dla każdej klasy. Teraz następuje decydujący moment. Małe dziewczynki, sieroty, utrzymywane przez Towarzystwo Dobroczynności, zbliżają się do kół loteryjnych: jedna do koła numerów, druga do koła wygranych. Rączki dziewczynek wzniesione są do góry, aby obecni mogli się przekonać, że niema nic ukrytego w tych rączkach. Pierwsza z sierot wyciąga zwitek z numerem z koła numerów i oddaje go urzędnikowi. Ten głośno odczytuje szczęśliwy numer. Teraz druga dziewczynka wyciąga zwitek z koła wygranych i oddaje innemu urzędnikowi, który odczytuje wysokość wygranych, powtarzając równocześnie liczbę losu i pokazując go wysoko publiczności. Kartki z numerami i wygranemi, wyjęte równocześnie z obu kół, nawleka się zaraz na sznur, opatrzony plombą urzędową. Sznur ów pozostaje w urzędowem przechowaniu i stanowi ostateczny dowód wyciągniętych numerów i wygranych. Co sto numerów, wyciągniętych podczas ciągnienia, zmieniają się dziewczynki, by się zbytnio nie trudzić, a oba koła się obraca, celem zmieszania numerów i zwitków z wygranemi. Ciągnienie trwa trzy godziny dziennie. – A co za swój trud otrzymują owe sieroty, dziewczynki z Towarzystwa Dobroczynności, co niewinnemi rączkami pośredniczą w obdarowywaniu ludzi uśmiechem Fortuny? – zapyta niejeden. – Osobiście nic – odpowiadano szczerze. – Ale Generalna Dyrekcja Loterji Państwowej w Warszawie przeznacza co roku poważną kwotę na istnienie Towarzystwa Dobroczynności, które utrzymuje sieroty”. Sierotki obok kół loteryjnych Ostatnie przygotowania do ciągnienia Sieroty i dzieci w ogóle łączył i do dzisiaj chyba łączy z loterią nieuchwytny związek duchowy – przydawały się nie tylko podczas ciągnienia, z uwagi na ich szczególne zdolności zalecano także by to właśnie im powierzać wybór szczęśliwego losu, jednego z setek, jakie rozłożone były podobno na ladach kolektury Morajnego. Rączki dzieci biorących udział w losowaniu w Warszawie były w niejasny, ale niepodważalny sposób powiązane z rączkami dzieci typujących numery, jedne działały przez drugie, a drugie przez pierwsze. Dowód opisano na łamach 20 numeru czasopisma (nr 1 (20), 1934): „Państwo R. mieli 3-letniego synka. Dziecko to urodziło się w czepku i dlatego też rokowano mu życie pełne pomyślności. Było lubiane przez wszystkich. Na swój wiek nad wyraz rozwinięte, zwracało na siebie powszechną uwagę. Bywały chwile, kiedy jak dorosły człowiek mawiało, »że kiedy będzie duże« to dopomoże rodzicom. Pewnego dnia, kiedy państwo R. prowadzili między sobą rozmowę o Loterji Państwowej i kiedy nawzajem użalali się przed sobą, że dotychczas fortuna nie jest dla nich łaskawa, usłyszeli nagle prośbę synka: »tatusiu kup mi loterię, bo wieś ja wygram«. […] Państwo R. zdecydowali się kupić synkowi ćwiartkę losu. Trochę mniej zabawek dostanie, ale zato wypróbuje poraz pierwszy w swoim młodocianym życiu swe szczęście. Udali się do kolektury, gdzie na oczach publiczności, uśmiechającej się na widok tego młodocianego gracza, dziecko wybrało sobie swój los”. Szczęście nie zawiodło rezolutnego 3-latka. Nazajutrz jego dumny tata wrócił do domu z całym tobołem zabawek: konikiem na biegunach, szabelką, misiem, hulajnogą i wszystkim, co było wówczas niezbędne do zabawy. Moc 3-latka była zresztą tak niezwykła, że pomnożyła kwotę wygranej nawet na stronach „Uśmiechu”, początkowo wynoszącą kilka, a parę zdań dalej już kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nie tylko jednak dzieci miały moc typowania zwycięskich losów. Wygrać mógł każdy, jeżeli tylko tego chciał. Tak było w przypadku Franciszka R., robotnika, któremu stale „wychodziły wszystkie pieniądze”. Próbując związać koniec z końcem ograniczył palenie i coraz rzadziej szedł z kolegami „na jednego”, ale pieniędzy wciąż ubywało, a jego żona Bronia stale nie miała czego do garnka włożyć. Raz zastanowiła go reklama Loterii Państwowej. Doszedł do wniosku, że może i on mógłby spróbować, ale zaraz naszła go myśl, że gdzie takiemu robotnikowi kręcić się przy loterii. Nie wie nawet jak i za ile kupić los. Zapyta, to zaraz wezmą go za pazernego, co to ledwo wyszedł z fabryki, a już chciałby miliony. Zresztą, kogo zapytać? Przecież nie wejdzie w brudnym roboczym ubraniu do kolektury, a innego nie ma. Myśl o loterii chodziła jednak za panem Franciszkiem, a on – chciał czy nie chciał – chodził wokół loterii. Pewnego razu znalazł się „przypadkiem” przed siedzibą Domu Bankowego Morajne przy Kapucyńskiej – poczuł, że właśnie tu mógłby dowiedzieć się wszystkiego o loterii. Chociaż wstydził się wejść, jakaś siła pchnęła go do środka. Bardzo się zdziwił jak uprzejmie i grzecznie został potraktowany przez urzędników – pytali, cierpliwie czekali na odpowiedź, nie patrzyli na niego krzywo, dali mu nawet stosowne foldery, regulaminy i plan nadchodzących ciągnień. Przez następny miesiąc pan Franciszek odkładał sumiennie 35 groszy każdego dnia, aż w końcu uzbierał 10 zł i kupił ćwiartkę losu. Jego los „długo nie wychodził”, aż pewnego razu listonosz doręczył małżonce Broni zalakowane pismo od Domu Bankowego Morajne. „Ciekawam co mój stary ma za stosunki z bankami – niepokoiła się, listu jednak nie otwierała”. Kiedy pan Franciszek wrócił do domu, otworzył list i zobaczył powiadomienie o wygranej, cieszył się tak bardzo, że jego żona wzięła go za wariata. W końcu i Bronię dopadło szaleństwo fortuny, gdy zrozumiała, że z byle Franciszkowej stała się panią (nr 1 (6/7), 1929). Poniżej: wybrane reklamy loterii publikowane na łamach „Uśmiechu” Wola mocy „Uśmiech” przemycał na swoich stronach pewien szczególny rodzaj duchowości, swoistą religię siły woli, natężonych chęci i sprawczej mocy nadziei. Pan Franciszek wygrał, bo chciał. Jeśli ktoś nie wygrywał, to najwyraźniej nie chciał, nie wierzył albo nie żywił szczerej nadziei – ta prosta zasada jest niepodważalna i zawsze się sprawdza. Wygrała, bo chciała Anetka R., pracownica biurowa z południa województwa lubelskiego (nr 1 (18), 1933), wygrał pewien rolnik, który za wygraną kupił sobie pałacyk, odkuł się Maciej Rybak, osadzony w areszcie za pijaństwo i awantury, który zgarnął okrągłe pięćdziesiąt tysięcy (nr 1 (10/11), 1930) i setki innych, prawdziwych i zmyślonych, którzy grali, bo chcieli i wygrywali z tego samego powodu. „Uśmiech” stale przypominał, że każdy jest kowalem swojej fortuny – polska wieś jest biedna, bo zamiast grać na loterii woli biadować, majątek przechodzi ludziom koło nosa, bo zamiast kupić los, wydają pieniądze na inne rzeczy albo dlatego, że nie ufają swoim snom. W numerze 1 (20) z 1934 r. opisano przypadek pewnej nauczycielki, którą stale prześladowały nawracające sny o bogactwie. Nerwy kobiety, „występującej w snach jako księżniczka otoczona niezwykłym przepychem”, były zszargane do tego stopnia, że zgłosiła się do psychoanalityka. „Po dłuższych badaniach lekarz ów odkrył przed nią sekret, którego nie znała. Sekret ów polegał na tem, że owa nauczycielka od młodych swych lat pragnęła być bogatą”. Kobieta wyparła i zepchnęła tę myśl do najgłębszej podświadomości, w której tliła się i kotłowała, dając o sobie znać dopiero w marzeniach sennych, „owym świecie fantasmagorji, w której jako księżniczka czuła się naprawdę szczęśliwa”. „Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej”, napisał Oscar Wilde i to samo zalecił nieszczęśliwej kobiecie uczony psychoanalityk – zamiast wyrzekać się bogactwa, ma dążyć do niego świadomie na jawie. Po kilku latach lekarz spotkał swoją dawną pacjentkę, obecnie słynącą z filantropii multimilionerkę, otoczoną dobrobytem, który kiedyś prześladował ją w snach. Z „Uśmiechu” co rusz wypadają historie kuriozalne, do pewnego stopnia klawe i zabawne, pisane szybko i może za małe pieniądze, ale przez ludzi, którzy dobrze rozumieli ówczesną kulturę masową i wiedzieli czym karmić zbolałe dusze mieszkańców miast i wsi. Taką jest na przykład skąpana w dymie papierosowym historia niejakiego Romualda B., działacza jednej z głównych partii, którego najlepszy przyjaciel był jednocześnie jego największym wrogiem politycznym. „Dawało nam to obopólne korzyści – wyznawał B. – On zawsze lepiej wiedział, co się dzieje w mojem stronnictwie, a ja w jego. Dlatego nasze władze partyjne miały dla nas duży respekt” (nr 2 (8/9), 1929). Podobnie pouczająca opowieść o carze Mikołaju II, który wykupił prawie wszystkie losy, ale ten jeden szczęśliwy przypadł jakiemuś robotnikowi (nr 1 (6/7) 1929) albo historia Jana Gwoździka, bezrobotnego ślusarza spędzającego całe miesiące w długich kolejkach po stempel w urzędzie pracy, w której w roli wybawcy kredytującego 5 zł pojawia się sam dyrektor Morajne (nr 1 (18), 1933). Dziwne wrażenie robi natomiast krótkie, motywacyjne opowiadanie o mężczyźnie imieniem Deal, nadczłowieku i panteiście, który pewnego ranka, w towarzystwie szeptających do niego wiatru i Ducha, wydarwszy życiu jego największe tajemnice, postanowił chwycić świat w garść i rozproszyć się w Miłości, Sławie i Pięknie (nr 2 (19), 1933). Chyba najlepsza w całej gazecie jest zaskakująco sprawnie napisana historia niejakiego Ryszarda W., polskiego literata i mieszkańca „polsko-żydowskiej dzielnicy w Lublinie”, który, po tym gdy odwiedził go Morajne, został posądzony o wygranie pięćdziesięciu tysięcy, tu zdania były podzielone, dolarów lub złotych. Mężczyzna i jego żona, dosłownie sterroryzowani przez wszelkiej maści bankrutów, inwestorów, przedstawicieli najróżniejszych organizacji i wreszcie bandytów, postanowili publicznie ogłosić, że za darmo odstąpią komukolwiek swoją urojoną wygraną (nr 1 (10/11) 1930). Jan Gwoździk w kolejce do biura pracy Jan Gwoździk oddaje pożyczone pieniądze Reklama Loterii Państwowej „Uśmiech” przedstawiał loterię nie tylko jako kamień filozoficzny przemieniający grosze w złotówki, kolektura prowadzona przez Morajnego w Lublinie zdołała pokonać nawet jednego z prominentnych diabłów. Demon ten – jak podał w kwartalniku niejaki Józef B., autor bliski kręgom piekielnym – stał się pod koniec lat 20. XX w. ofiarą własnego sukcesu. „Ileż to dawniej traciło się czasu, trudu, by złowić jakąś duszyczkę! – przechwalał się – Ile wysiłków się zmarnowało przytem! Jakie olbrzymie sumy się płaciło za duszę, nim jej właściciel podpisał krwią swoją cyrograf! A teraz, panie dobrodzieju, dusze zakupuje się hurtem, za bezcen! Masowo, za nic! Dawniej djabeł gonił jak dziki osieł, by znaleźć kandydata na potępieńca, teraz zaś gonią za djabłem, by się sprzedać. W ogonkach stoją, oczekując swej kolejki w dostaniu się do mnie” (nr 2 (8/9), 1939). Masowy i pospieszny skup dusz szybko jednak uszczuplił, a w końcu doszczętnie opróżnił portfel tego szatana, przez co nie był on w stanie kontynuować swojego przestępczego procederu. Centrala jednak naciskała o dalszy „wywóz do piekła”, a nieskupowane dusze groziły strajkiem generalnym, więc czarci bankrut postanowił na gwałt poszukać dodatkowych pieniędzy. Zaczął od spekulacji giełdowych, „które jednak akcje zakupił w większych ilościach, te spadały ku przerażeniu djabła. Klął na czem świat stoi wszystkie moce niebieskie i piekielne, kopytkami walił niby młotem, rogami bódł ściany lub góry, ogonem machał na wszystkie strony, ale cała ta złość nic nie pomagała”. Potem zaczął grać na spadki franka szwajcarskiego i złotówki, obie waluty jednak ani drgnęły, a giełdziarze śmiali mu się w twarz. Zrujnowany finansowo i moralnie, posunął się do ostateczności – postanowił skrócić terminy umów tym, którzy z różnych względów wydawali mu się mało pewną inwestycją. Jednym z takich klientów był pewien biedak, cenny, bo zacny i uczciwy, ale żyjący w takiej nędzy spowodowanej długotrwałym bezrobociem, że swoją duszę sprzedał za marne dziesięć tysięcy. Kiedy biedak dowiedział się, że diabeł zmienił mu cyrograf i skrócił życie do trzech miesięcy, jego smutne i tak życie zamieniło się w istne piekło. „Chodził jak w gorączce, wałęsał się po mieście niby automat chodzący, ludzi już nie poznawał, świata bożego nie widział”. A jednak zajaśniała przed nieszczęsnym iskra nadziei, w mieście gruchnęła bowiem nowina, że w kolekturze u Morajnego padła wygrana opiewająca na czterysta tysięcy. Jeszcze tego samego dnia mężczyzna poszedł na Kapucyńską, kupił ćwiartkę losu i „żył od tej chwili tylko jedną myślą – myślą o wygranej”. Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa tygodnie, jeszcze tydzień… na trzy dni przed terminem szczęśliwy los przyniósł mu sto tysięcy złotych. „Masz tu swoje przeklęte pieniądze – warknął na diabła, kiedy ten przyszedł przypomnieć mu o terminie. – Zwracaj umowę i marsz mi stąd na cztery wiatry”. Pobity diabeł wył podobno i odgrażał się, że zniszczy loterię, ale tego dnia to kolektura przy Kapucyńskiej odniosła zwycięstwo nad siłami ciemności. Powyżej: zjawiskowe reklamy kolektury Morajnego w Lublinie. Ze zbiorów i dzięki uprzejmości Muzeum Lubelskiego w Lublinie (dwa pierwsze od lewej) oraz Archiwum Państwowego w Lublinie Firmowa koperta kolektury Morajnego, 1938 (zbiory prywatne) W przeciwieństwie do większości lubelskich gazet z tego okresu, „Uśmiech” uginał się od najróżniejszych ilustracji, w przeważającej mierze reklam interesu swojego redaktora, ale też zdjęć i rysunków, na których Morajne wyraźnie nie oszczędzał. Lwowski „Goniec Szczęścia” o podobnej tematyce składał się praktycznie z samych regulaminów i tabel i brakowało w nim wszystkich tych wspaniałych niedorzeczności, którymi król loteryjny uparcie wypełniał swoją gazetę. W zbiorach Biblioteki Narodowej zachowało się zaledwie 8 numerów „Uśmiechu”, chociaż wiadomo, że ukazało się ich co najmniej 21 (z których część była numerami podwójnymi). Po kolekturze Morajnego przetrwały także inne pamiątki, w tym przede wszystkim widowiskowe i doskonale zachowane plakaty reklamowe przechowywane w zbiorach Muzeum Lubelskiego i Archiwum Państwowego w Lublinie, ale także niezliczone reklamy i inne druki rozproszone w kolekcjach instytucji w całej Polsce (jak na przykład broszura toruńskiego oddziału kolektury Morajnego pochodząca ze zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Toruniu). Wyjątkowymi pamiątkami są również zachowane w zbiorach prywatnych firmowe koperty po listach rozsyłanych przez kolekturę do swoich klientów (przykład takiego dokumentu powyżej). Sama siedziba Morajnego przy Kapucyńskiej – mieszcząca się w budynku zniszczonym, zgodnie z obietnicą diabła, podczas II wojny światowej – pojawia się na kilku fotografiach, w tym jednej pochodzącej z kolekcji szklanych negatywów z Rynku 4 (zdjęcie ukazało się w 2 (19) numerze „Uśmiechu” z 1933 r.). Pod koniec 1945 r. Morajne wrócił do Lublina, a razem z nim wróciło do miasta szczęście. Jak ustalił Adam Kopciowski, już w 1949 r. wyjechał jednak z rodziną do Wrocławia, szczęście zabierając prawdopodobnie ze sobą. Dawny rozdawca losów zmarł w 1951 r.
Plik Długi marsz w połowie meczu Ben Fountain.7z na koncie użytkownika P.Kuba-47 • folder Książki RAR • Data dodania: 12 lip 2017
Zagrzeb CHORWACJA. Do najstarszej części miasta należy Wzgórze Kapitol, które słynie z gotycko-barokowej Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z XIII wieku. Budynek charakteryzują dwie strzeliste wieże i średniowieczne freski we wnętrzu. W Zagrzebiu warto również odwiedzić Ogród Botaniczny o ponad stuletniej historii, jak również przejechać się kolejką liniowo-terenową. Najniższe ceny: hotel ** od 110 zł, hotel **** od 270 zł. (Fot. fotolia/
.